close



loading Trwa logowanie...
close
Twój komentarz




blog.php?blogid=80

Blogi

Parę nazwisk polskich w zagranicznym sporcie. Subiektywnie.


Media z lubością rysują obraz emigranta na zmywaku, ale to bzdury. Może nie całkiem nieprawda, ale przecież i w Polsce jest mniej znanych sportowców niż pomocy kuchennych.

Wpisany przez robert (Robert Wąsik)
na 1 Grudzień 2015 22:46 CET
Odsłon: 745

No właśnie – sportowcy. To oni najczęściej słychać, ale i tu słychać różnie. Oczywiście jest Lewy i jego pięć bramek w dziewięć minut, ale to są dokonania czysto sportowe. Tak, na pewno sprawiają one, że przynajmniej przez chwilę mówi się, również w zagranicznych mediach, o Polakach dobrze i bez krzty ironii, ale tak naprawdę lista sportowców za granicą jest dość długa. O niektórych już słów kilka padło w poprzednim moim wpisie, a razem z trochę innego punktu widzenia, czyli o ludziach, o których pewnie nikt by nie wiedział, gdyby nie wyjechali.

Jasiek Murarz, jak nazywają opolanie Johna Murraya, jest Amerykaninem. A w zasadzie jest jednym z tych ludzi, o których można z powodzeniem powiedzieć, że to obywatel świata, bo amerykańskie nazwisko nie przeszkadzało mu grać w Orliku Opole. Dlaczego więc trafia na naszą listę? Dlatego że już w czasie swojej bytności w Opolu dał się poznać jako Amerykanin z urodzenia i Polak z wyboru (no dobra, kto przeprowadziłby się do Polski, żeby grać w naszego hokeja, zamiast w NHL?), a poza tym Orlik pozbył się Murarza w iście sportowym stylu, odsprzedając zawodnika do Kazachstanu (i nie będę pisał, jak zwał się klub, bo i tak nikt by nie próbował czytać tej nazwy). Na pewno nie jest to transfer na miarę Lewego, ale też nie mówimy tu o piłce kopanej, a jedynie o hokeju, który w naszym kraju nie jest nawet narodową dyscypliną zimową. A warto o tym człowieku wspomnieć choćby z tego powodu, że w Kazachstanie bardzo chętnie włączał się w akcje prowadzone przez tamtejszą Polonię i sporo czasu poświęcał na kontakty z potomkami Sybiraków. Czy powodowała nim ciekawość świata czy wyuczona polskość, tego nie sposób stwierdzić, ale jest coś dziwnego w tym, że Amerykanin okazał się bardziej Polakiem niż ludzie z polskim paszportem.

O ile Murray dość mocno zżył się ze swoim klubem, to nie można tego powiedzieć o pewnym siatkarzu Zaksy. Imć Łukasz Żygadło grywał w lidze tureckiej, greckiej, włoskiej i rosyjskiej, po czym przeniósł się do Iranu. Choć o samym siatkarzu głośno nie jest, warto o nim wspomnieć z innego powodu, niekoniecznie sportowego. Jest to jeden z tych nielicznych przypadków, w których media pozytywnie wypowiadały się o Iranie. Nie wiem, nie znam się, ale może jest jakaś społeczna zachęta do tego, aby mówić o zdarzeniach złych (a dziwnie zawsze powiązanych z wiarą), ale nie mówi się o tym, że dla Irańczyków ich rzeczywistość nie jest bardziej niezwykła niż twoja dla ciebie i tak, nie zasuwają tam oni z kałachami dzień i noc, ale normalnie, jak wszyscy, grają w siatkówkę, nie są wykluczeni z transferów, nie ma tu żadnego politycznego bana. Może więc, mimo martwicy idei pokoju olimpijskiego, wciąż jest szansa na to, że droga do jedności wiedzie przez sport. Na pewno zaś na boisku nie grają poglądy, ale ludzie.

Przyszła pora na Arkadiusza Głowackiego. Kibice obdarzeni lepszą pamięcią być może odgrzebią w swoich głowach takie nazwisko sprzed kilku lat. Wprawdzie Głowacki gra nadal, ale zdecydowanie głośniej było o nim w 2012 roku. Czym takim się wsławił? Na pewno nie skutecznością, z pewnością też nie celnością, ale za to iście polskim uporem. Ekipa tureckiego Trabzosnporu nie była w stanie bez niego zrobić kroku. Mimo że nie został snajperem roku, biegał zawsze od początku do końca, to robiąc trochę szumu, to przeszkadzając przeciwnikom, to od czasu do czasu przeprowadzając jakąś akcję. I czy to wystarcza, żeby trafić na moją listę? W zupełności. Zwykle bowiem okazywało się, że piłkarz, który nie strzela, nie jest wiele wart i klub pozbywał się go szybciej, niż kupił, a w przypadku Głowackiego tak nie było. Grał w równej formie, trzymał poziom i mimo tego, że tabel nie zawojował, stał się filarem jednej z ważniejszych tureckich drużyn.

Przeciwieństwem Głowackiego jest zdecydowanie głośniejszy od niego Jakub Błaszczykowski. Nie grał długo – ludzie z Borussii wpuszczali go często na krótko, więc nie miał się kiedy wykazać, ale zdarzało się, i to nie raz, że nawet wpuszczony na jedną akcję agresywną grą przechylał szalę zwycięstwa na swoją stronę. Jest też dość dobrze znany z zaangażowania w działalność społeczną. Nazwisko Błaszczykowskiego pojawia się nie tylko na bilbordach reklamowych komercyjnych, ale także przy okazji ważniejszych kampanii społecznych. Jest też stawiany za wzór i stał się bodajże pierwszym polskim piłkarzem, z którego nie nabijano się tak, jak z Obraniaka i Klose, że z polskości niewiele im zostało.

Na koniec wisienka na torcie. Artur Boruc. Największe osiągnięcie? Jest jedynym w historii (oficjalnej) piłkarzem, który nie zagrał na Euro tylko i wyłącznie dlatego, że trener wszedł z nim w osobisty zatarg. Głupie to i dziecinne, ale właśnie dlatego o Borucu zrobiło się głośno. Nie dlatego, że dzięki niemu i Celtic i Fiorentina nagle stały się drużynami, którym wprowadzić piłkę do siatki umieli tylko najlepsi, a i to z rzadka, ale właśnie dlatego, że kogoś takiego Smuda nie chciał swego czasu widzieć na boisku. Nie mnie osądzać prywatne prztyczki obu panów, ale jako kibica bolało mnie, że nagle jeden dorosły facet zachowuje się jak dziecko, mówiąc, że nic go nie obchodzi gra Boruca, bo Boruc jest fuj i bebe. Efekty, jakie były, takie były, nie ma co rozdrapywać.

Że stronniczo? Na pewno, każdy może mieć własną listę. Ja zrobiłem taką na żywioł – to nazwiska, które bywały głośne, a potem cichły. Na boiskach, kortach czy basenach nie liczą się jednak nazwiska, liczą się umiejętności. Trzeba jednak przyznać, że na dźwięk paru nazwisk z mojej listy niektórzy ich przeciwnicy mieli pełne pory. I słusznie.

Słowa kluczowe: news

Blog Komentarze

Ten blog nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
Lubię
Nie lubię
polubili
polubiłeś
Ty
i